6.19.2015

Ania

Nauczyłem się jak kruche jest życie.


Lata w szkole wspominam nijak. Zazwyczaj siedziałem w ostatniej ławce i rysowałem na marginesach. Nie miałem w zwyczaju odzywać się bez zapytania. Zazwyczaj nawet gdy znałem odpowiedzi na pytania, nie podnosiłem ręki. Należałem do tych osób, które przychodzą tu, aby wyjść. Ona była inna. Miała swoją pozycję w szkole, więc nigdy nie była sama. Zawsze otaczały ją przyjaciółki, a wszyscy chłopcy wkładali do jej piórnika liściki miłosne, Przyznam, że sam nawet jeden wysłałem. Napisałem w nim krótką rymowankę:

 ziemia kręci się wokół słońca,
 a ja pragnę cię bez końca.

Niezwykle romantyczne, przyznajcie. Ona jednak nie zwracała uwagi na żadne zaloty. Zdaję się, że z czasem przestało ją obchodzić  nawet, to z kim się "przyjaźni". Dziewczyny do niej przychodziły i od niej uciekały. Do dziś nie wiem jak udało jej się zdobyć tak wysokie stanowisko w hierarchii popularności. Była ładna, mądra i wygadana, jednak brakowało jej jednego - uczuć. Rzadko kiedy się śmiała, nigdy nie okazywała smutku, ani rozczarowania. Żyła, bo musiała. Mógłbym nazwać ją robotem, bo w moich oczach właśnie nim była.
Kiedyś na zajęciach technicznych przydzielono nas do jednej grupy. Byłem ja, ona i trzech chłopaków, którzy ciągle się jej podlizywali. Siedziałem jak zwykle i wykonywałem całą powierzoną mi pracę. Mieliśmy zrobić stolik do kawy. Wpadła na pomysł, aby na jego krajach wystrugać pnącza. Zajęła się tym sama. Muszę przyznać miała ogromny talent. Nożyk w jej dłoni poruszał się jakby był częścią jej ciała od zawsze. Przyglądałem się jak zwinnie porusza nadgarstkiem, wywija nim na wszystkie strony, delikatnie przyciska ostrze palcem, by każdy szczegół był dopracowany. W pewnej chwili nożyk upadł jej na podłogę. Schyliła się aby go podnieść, a fragment jej koszulki uniósł się lekko w górę. Wtedy zobaczyłem je. Wyraźne, fioletowe, a niektóre już pożółkłe. Kontrastowały z jej bladą cerą. Widać było, że każdy ma inny wiek. Miała pełno siników na brzuchu i plecach.
Od tego dnia obserwowałem ją. Zacząłem zwracać uwagę na rzeczy, które kiedyś były dla mnie nieistotne. Uchylała się za każdym razem, gdy ktoś uniósł dłoń, nigdy nie ćwiczyła w krótkich spodenkach, zawsze przed pierwszą lekcją zażywała jakiś lek. Chciałem do niej podejść, zapytać, opowiedzieć o swoich obserwacjach, jednak nigdy nie była sama.
Coraz częściej nie chodziła do szkoły. Już nie ćwiczyła wcale. Była bledsza i chudsza. Po głowie krążyło mi mnóstwo pytań. Bałem się, że ktoś ją bije. Ma złą sytuację w domu... Sam nie wiedziałem po co tak się tym przejmuję. Dotychczas była dla mnie jedynie popularną dziewczyną z klasy.
Rok szkolny się kończył. Od kiedy ujrzałem jej siniaki minął zaledwie miesiąc. Jak co sobotę przed dwunastą wyszedłem z domu na trening koszykówki. Zawsze chodziłem tą samą trasą, jednak dopiero tego dnia dowiedziałem się gdzie mieszka. Wysiadała z samochodu. Jakiś starszy mężczyzna pomógł jej wstać. Była taka krucha w porównaniu do niego. Zacząłem iść szybciej w jej kierunku. Zobaczyła mnie i lekko się uśmiechnęła.  Nigdy nie podejrzewałem jej o to aby wiedziała kim jestem.
- Cześć... - powiedziałem niepewnie zbliżając się do niej.
- Hej, idziesz na trening? - zapytała mnie.
Stałem oszołomiony. Najpierw mnie rozpoznaje, a potem kojarzy fakt, że co sobotę chodzę jej ulicą. Pokiwałem głową i schowałem ręce do kieszeni. Mężczyzna, który pomagał jej wysiąść już dawno zniknął gdzieś w domu.
Mieszkała w dużym drewnianym domu z tarasem. Dookoła niego rosły ogromne świerki, a otaczał go murek z ciemnego kamienia. Było tu pięknie. Cicha okolica, kamienna droga zamiast asfaltu, drzewa zamiast latarni, zero porozrzucanych śmieci. Wszystko tak bardzo odbiegało od mojej brudnej kamienicy.
- Aniu, chciałbym cię o coś spytać...- powiedziałem lekko zmieszany, ona delikatnie skinęła głową - Skąd masz tyle siniaków?
Spuściła głowę i uśmiechnęła się nieśmiało.
- Skąd wiesz? - zapytała.
- Kiedyś, gdy robiliśmy stolik zauważyłem... Później kilka razy widziałem na wf-ie. Nigdy nie chodzisz w krótkich spodenkach, ani koszulce z krótkim rękawem, nawet gdy słońce włącza tryb "Spalić Ziemianin - 40 stopni C". Gdybyśmy mieli zimę pewnie bym nic nie zauważył, ale jest czerwiec. Na dodatek jesteś bledsza i słabsza... - przerwałem na chwilę i zamilkłem - Czy ktoś cię bije? - zapytałem z końcu.
Pokręciła głową i pokazała abym usiadł na krawężniku. Zachwiała się gdy siadała, więc szybko ją podtrzymałem. Była lekka niczym niemowlak.
- Mam białaczkę - powiedziała po chwili milczenia.
Nie wiedziałem co powiedzieć. Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Myślałem całkiem inną drogą. Nie wierzyłem nawet, że cokolwiek mi powie, a jednak. Nigdy nie przypuszczałem, że mi zaufa. Siedziałem teraz obok Ani, a ona wyznała mi, że jest chora. Oglądałem z mamą dużo filmów o raku, a chory bohater nigdy nie wychodził z nich cały.
- Umrzesz? - zapytałem.
Boże! Głupszego pytania nie mogłem zadać, ale nie wiedziałem co mam powiedzieć. Ona była idealna. Była kimś kto miał wszystko, ale zabrano jej to. Świat bawi się nami jak marionetkami. Czasami nie wierzę, że nie jestem tylko aktorem na jego nieskończonej scenie. Może gdzieś tam kosmici oglądają nas i myślą: "Ale chujowy dramat!".
- Każdy z nas kiedyś umrze. - odpowiedziała. - Być może tak miało być... Lekarze powiedzieli, że jeśli poddam się chemioterapii mogę odwlec moment gdy odejdę, ale po co? Nie da się uciekać w nieskończoność. Rodzice powiedzieli, że nie będą mnie zmuszać jeśli mam się zapierać.
Pokiwałem głową. Wiedziałem co miała na myśli. Dopiero dziś zobaczyłem jak bardzo się zmieniła. Jej lśniące blond włosy wyblakły. Skóra poszarzała. Sama ona zdawała się zapadać od środka. Miała wory pod oczami, które dziś nie były pokryte makijażem. Ubrania wisiały na niej niczym na ruchomym wieszaku.
- Idź już, spóźnisz się na trening. - powiedziała z uśmiechem.
Odprowadziłem ją do domu i ruszyłem w kierunku swojego. Nie miałem ochoty na trening, chciałem usiąść i pogrążyć się w dalszej refleksji na temat wielkiego teatru.
Nasza rozmowa trwała zaledwie pięć minut (z czego większą część patrzyliśmy sobie w oczy milcząc), a całkowicie zmieniła nasze stosunki. Ja nadal pozostałem milczkiem, a ona gwiazdą. Na przerwie dyskretnie wymienialiśmy spojrzenia. Patrzała na mnie, jakbym był jedynym który wie. Tak się czułem, chociaż wiedziałem, że wszyscy w szkole także wiedzą. Przyniosło jej to jeszcze większą popularność i tą sztuczna litość.
Trwało to długo. Gdy śmierć wyciągnęła rękę, Ania poczuła siłę do walki. Było już za późno. Żyjemy w dużym spóźnieniu względem decyzji świata.
Kiedy już stanąłem nad jej grobem wiedziałem już wszystko. Mój bukiet leżał pośród innych, a wraz z nim czekał też liścik. Napisałem dla niej kolejną rymowankę.

może świat to nie nasza scena
może właśnie taka jest życia cena

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz