W ciągu całego swojego życia nie czułem się tak źle. Nie potrafiłem otworzyć oczu, ani podnieść łapy. Moje ciało przeszywały dziwne drgania, jak wtedy gdy złapałem węgorza elektrycznego podczas polowania. Powietrze wokół mnie miało dziwny zapach. To nie był mój dom. Dookoła słyszałem głosy, było ich tak wiele, że nie mogłem zrozumieć co mówią. Brzęczało mi w uszach, a moje usta były suche jak podczas wędrówek po bagnach pustynnych.
- Słyszysz mnie? - zdołałem wyłapać jedno pytanie. Chciałem w jakiś sposób dać znak, że tak, ale nie mogłem się poruszyć.
- Słyszy nas. Jego mózg wysyła impulsy - powiedział inny głos.
Impulsy? To jakiś rodzaj komunikacji? Może jednak się poruszam, ale sam tego nie czuję. Spróbowałem znowu podnieść łapę. Nic. Naprężyłem z całej siły ciało, starając się otworzyć oczy. Nie panowałem nad swoim ciałem. Czułem tylko drgania. Przeszywały moje ciało maszerując od głowy do tylnych łap, a potem zawracały, jak gdyby odbite od ściany i tak w kółko. Nie ustawały.
- Wybudzamy go? - wyłapałem kolejne słowa.
Przecież nie spałem. Byłem tam, tylko nie wiedziałem jak im to pokazać. W normalnych warunkach pomachałbym łapą, albo wystawił język, ale nie mogłem!
Nagle poczułem potężne ukłucie w biodro. Wrzasnąłem z bólu. Wydając z siebie potężny ryk czułem się jakbym właśnie wyganiał swoje wnętrzności z wewnątrz. Znowu czułem łapy i mogłem otworzyć oczy. Przekręciłem się na bok, jednak coś na czym leżałem miało ograniczoną długość, więc uderzyłem z coś innego, znacznie twardszego, znajdującego się niżej. Znów stęknąłem z bólu.
- Może byście mu pomogli? - powiedział głos, którego wcześniej nie słyszałem.
Poczułem jak coś mnie podnosi i kładzie na poprzednim miejscu. Przede mną stała wysoka istota, samiec. Był ubrany tak jak istoty, które złapały mnie w Hijau, jednak był grubszy. Nie wisiał mu brzuch, ale jego ręce i nogi były znacznie szersze, a to coś co miał na sobie przylegało do jego brzucha.
Popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem. Nie rozczytałem tego wyrazu, byłem bardzo słaby w rozpoznawaniu uczuć.
Szybko odwrócił wzrok.
- Stoicie jak idioci - wycedził sucho.
Miał szorstki i pełen ironii głos.
Spojrzałem tam gdzie on i zauważyłem Ostry-Pysk. Zapomniałem jak się nazywał, ale wiedziałem, że kiedyś mi to powiedział.
- Witaj w naszej bazie, Poddany 183 - powiedział szczerząc zęby ten sam samiec.
- Konrad, błagam cię, możesz wyjść? Nie zaprosiliśmy cię tu - powiedział Ostry-Pysk.
Wzruszył ramionami i się oddalił. Rozejrzałem się dookoła. Wszędzie były rozstawione te dziwne cośki na czterech patykach, które widziałem także w Hijau. Doczepiono do nich sznurkami dziwne pudełka na których wyskakiwały jakieś znaki.
- Pamiętasz mnie? - zapytał Ostry-Pysk.
Zignorowałem go i rozglądałem się dalej. Na przeciwko mnie stali dwaj inni mężczyźni z Hijau i jakaś samica z niebieskim futrem. Po chwili zauważyłem, że dzieliła nas niewidoczna powierzchnia. Światło odbijało od niej i raziło w oczy.
Złapałem się za pysk i poczułem coś dziwnego, a raczej czegoś brak. Moje futro. Spojrzałem w dół. Miałem na sobie coś podobnego jak reszta osób, ale w innych kolorach. Wstałem i zacząłem krążyć. Ziemia była twardsza niż w Hijau i dziwnie fioletowa. Dookoła nie było drzew, jedynie białe powierzchnie, nie licząc tej niewidocznej.
- Pamiętasz jak się nazywam? - zapytał ponownie Ostry-Pysk. Pokręciłem głową. - Jestem Dylan...
- Dylan, odsuń się od niego, a najlepiej to wyjdź, zajmujesz za dużo miejsca - przerwał mu ktoś inny - Ja jestem Edgar i ucieszę cię, zaraz otrzymasz kolejne zastrzyki - zwrócił się do mnie.
- A co jeśli się nie zgadzam? - zapytałem.
Edgar wzdrygnął się na dźwięk mojego głosu.
- Jeśli się nie zgodzisz to ukłuję cię trzy razy mocniej - powiedział dziwnie wykrzywiając twarz.
Spojrzałem na niego zdezorientowany.
- Chcę do Hijau - powiedziałem słabo.
5.16.2015
5.12.2015
Rozdział drugi "Ja, Toivo"
- Mieliście zaczekać na m ó j sygnał – starałem się opanować gniew, jednak czułem, że lada moment to on przemówi.
Siedzieliśmy w samochodzie i zmierzaliśmy do Dinding. Na siedzeniu za mną leżał nieprzytomny ember-allat. Samochód podskakiwał jadąc po kamiennej ścieżce, a nieprzytomny chłopak skakał góra-dół-góra-dół.
- Znowu by nam uciekł, tak jak i ta ruda – powiedział szczerząc zęby Irving - A tak to już go mamy i jedziemy wesoło do bazy.
Irving miał 20 lat. Liczył około dwóch metrów wzrostu i miał jasne, tępe oczy. Ciemna grzywka zawsze niechlujnie opadała mu na twarz, a usta delikatnie ustawiały się w łobuzerski uśmiech.
- Carmen – poprawiłem go – I ona jest brunetką… Mniejsza. Oni powinni nam zaufać i sami chcieć wrócić. Zaufanie jest niezbędne do resocjalizacji. Nie używamy siły i przemocy, nie chcemy dawnego świata tylko nowego, lepszego.
- Zaufa nam w bazie – zaśmiał się Irving.
- Niech cię czarci chwycą z taką pustą mózgownicą – odezwał się nagle Quinn – Dylan, nie kłóć się z głupim bo postronni nie zauważą różnicy - zwrócił się do mnie podając butelkę z Whisky.
- Zabierz tą morderczą maszynę z moich oczu- mruknąłem przewracając oczami.
Quinn był ode mnie młodszy o pięć lat. Z wyglądu przypominał typowego naukowca. Miał krótkie jasne włosy, skórę z bliznami po trądziku i duże okulary. Nie należał do odważnych, ale był mądry. Często sypał cytatami ze starych książek. Bał się przygód, a na ekspedycje wysyłano go jedynie po to aby wszystko opisywał. Posiadał o wiele bardziej rozbudowane słownictwo od wszystkich w bazie.
Byliśmy coraz bliżej bazy.Zamieniłem się miejscem z Quinnem, który obawiał się, iż nieprzytomny chłopak na siedzeniu nagle się obudzi. Bał się „mutantów”, opowiedział mi o tym gdy podczas jednej z ekspedycji pokazałem mu Carmen. Dziewczyna spała wtedy na jednym z drzew. Zawołałem go cicho, a on zrobił się blady. Musiałem zawołać Konrada, który wtedy nam towarzyszył, aby pomógł mi go przenieść do namiotu. Wyglądało to śmiesznie, a jednocześnie niepokojąco. Gdy Quinn doszedł do siebie powiedział nam o swojej fobii.
Nagle ember-allat otworzył oczy. Podskoczył tak gwałtownie, że prawie wypadł z naszego Bronto Landole , którego pieszczotliwie ochrzczono w bazie Białą Falą.
- Spokojnie – mruknąłem widząc jak Quinnowi i Irvingowi trzęsą się dłonie.
Samochód zjechał na pobocze i wyhamował z piskiem opon.
- Hi-ja-u – wydyszał podnosząc się z podłogo samochodu. Quinn pobladł i szybko wysiadł. Irving przewrócił oczami i zasunął okna, aby ember-allat nie mógł uciec.
- Jedziemy do twojego domu. Chcemy naprawić kilka spraw - powiedziałem i zaraz tego pożałowałem - Rozumiesz mnie ? – zapytałem po chwili ciszy.
- Hi-ja-u dom – powtórzył jak gdyby się dusił.
Miał jasne, lekko rudawe włosy sięgające łopatek i bladą skórę. Na lewym policzku widniała poszarpana blizna. Ubrany był w skórę jakiegoś zwierzęcia, która jedynie zakrywała jego czułe miejsce. Był bardzo chudy i brakowało mu mięśni. Duże ciemnozielone oczy patrzyły na mnie ze strachem.
- Hijau nie jest twoim domem. Dom jest tam gdzie rodzina. Urodziłeś się w Digding i to ono jest twoim domem.
- Hijau dom - powiedział bardziej stanowczo.
Miał ciepły, ale schrypnięty głos.
- Kto cię nauczył ludzkiej mowy? - zapytałem.
Ember-allat przyłożył dwa palce do lewego ucha i skulił się wydając z siebie dziwny odgłos.
- Masz jakieś imię ?
- Poddany 183… - powiedział zdezorientowany zmianą temat.
Mimowolnie prychnąłem. Chłopak popatrzył na mnie dziwnie.
- Wybacz. Poddany 183 to nie imię. Imię to na przykład Irving, Kiara, Konrad.
Zobaczyłem na twarzy towarzysza uśmieszek gdy wymieniałem jego imię.
- Jak masz na imię? - zapytał chłopak.
- Jestem Dylan- odpowiedziałem ciepło.
- Dylan to nie Hijau…
- Tak, nie jestem z Hijau, ty nie jesteś z Hijau, Quinn nie jest z Hijau. Nikt z nas nie jest z Hijau.
Poddany 183 wzruszył ramionami i ponownie usnął.
Siedziałem chwilę zdezorientowany, a Irving zaczął się śmiać.
Gdy Quinn zdał sobie sprawę, że „mutant” postanowił pójść spać wsiadł do Białej Fali i zaczęliśmy dyskutować.
- Nie ucieka.
- Nie gryzie.
- Mówi.
- Nie warczy.
- Rozumie.
- Myśli.
- Pyta.
- Powtarza.
- Stop ! Fakt, faktem jest inny niż Carmen i Wiktor, ale to nic nie znaczy. Może okazać się naszą nadzieją i szansą, ale jednocześnie zgubą i porażką. Teraz musimy zmusić go aby chciał się zmienić…
- A podobno mamy ich do niczego nie zmuszać - powiedział przekręcając kluczyk Irving.
Przewróciłem oczyma.
Przed oknem mignęły mi włosy Carmen. Hijau zaczęło znikać, a przed Białą Falą pojawiły się zarysy szarości bram Dinding. Przejeżdżając pod murami poczułem ukłucie w brzuch. Wiedziałem, że rozpętałem wojnę.
**********************************************************************************************************************************
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)