W piątek nauczyciel zadał naszej klasie nową "lekturę". Ujmuję słowo to w cudzysłów, gdyż jest to nowelka licząca zaledwie siedem stron. Napisał ją Bolesław Prus, a jej tytuł to "Kamizelka".
Autor nowelki, którą jest moja lektura. Naprawdę nazywał się Aleksander Głowacki i pochodził z Hrubieszowa. Tworzył w okresie pozytywizmu. Poznając pozytywizm na poprzednich lekcjach stwierdziłam, iż jest najciekawszą do tej pory epoką.
Pytając mamy, czy czytała "Kamizelkę", ta odpowiedziała "tak" i dodała, że płakała przy niej. Razem z mamą mamy niezwykle podobny gust literacki, dlatego pomyślałam, że ta książka wzruszy i mnie. Tak się nie stało. Fakt, faktem, nowelka jest smutna, aczkolwiek narrator opowiada wszystko z niezwykłą lekkością i trzeba chwilę pomyśleć zanim zrozumie się treść.
Tożsamość narratora nie jest do końca znana. Wiemy o nim jedynie tyle, iż jest sąsiadem głównych bohaterów. Kochające się małżeństwo, właśnie ta dwójka jest w centrum wydarzeń. Mąż choruje, a żona o niego dba i mocno go kocha. Mężczyzna nosi tytułową kamizelkę.
1.12.2015
1.05.2015
Rozdział pierwszy "Ja, Toivo"
Rozdział I
~~Dylan~~
Hijau o świcie przypomina mi pawia. Wszystkie rośliny pokrywające runo leśne tworzą wielobarwną mozaikę. Są tu wszystkie kolory świata, od różowych roślin, przez niebieskie, po neonowe zielone. Podszyt stanowią głównie drzewka owocowe. Tysiące odmian, jednak jedyne 10 % nadaje się do spożycia przez ludzi. Podobno ember-allat mogą żywić się 85 %, ale Hijau jest ich domem dlatego dba o nich, a nas chce wygonić. Jedną z wielu nie rozwiązanych przez nas zagadek jest: dlaczego Hijau można opisać jak człowieka ? Kiara często mówiła o niej jak kobiecie. Nadawała jej uczucia i za wszelką cene chciała nam udowodnić, że potrafi kochać.Obudził mnie śpiew drozda. Są to jedne z nadal żywych gatunków, które ewolucja ominęła, co prawda nadal istnieją zwierzęta sprzed ewolucji, jednak jest ich niewiele. Pomyśleć, że jeszcze szesnaście lat temu wszystko było całkowicie normalne. Niestety tylko drozdy zostały nietknięte. Właśnie dlatego na naszych mundurach widnieje ich podobizna. Podobno śpiew tego ptaka przynosi szczęście odkrywcą, sam miałem się o tym przekonać. Ptak siedział dokładnie nad moją głową.
- Kiara już dawno by cię złapała – szepnąłem, a ptak widocznie wziął to za groźbę, ponieważ zatrzepotał skrzydłami i odleciał.
Westchnąłem i ruszyłem w kierunku strumyka. Reszta ekipy jeszcze spała. Wczorajsza przechadzka wąwozem psów i ucieczka przed wilkami o krowich pyskach wykończyła ich doszczętnie. To dobrze, lubiłem być sam. Ich towarzystwo było nieznośne, zważając na fakt,że było nas dziesięciu. Moi towarzysze byli niezwykle rozgadani, tymczasem ja kochałem ciszę i spokój. Poza tym byli ode mnie młodsi.
Zanurzyłem twarz w zimnej wodzie.
- Dylan ? – usłyszałem delikatny, lekko przestraszony, ale pełen ciekawości głosik po drugiej stronie strumyka.
Uniosłem powoli głowę, nie chciałem spłoszyć tego co tam siedziało. Ujrzałem sowę z głową ary. Pierze ptaka było jaskrawozielone, a jego dziób zbytnio wykrzywiony.
- Naprawdę ? – parsknąłem, a zwierze przechyliło głowę.
Zdjąłem buty aby przejść strumykiem, ale ptak już poderwał się do lotu.
- To nie on – powiedział znowu głosik.
Wtedy ją znowu zobaczyłem. Około szesnastoletnia dziewczyna, miała na sobie lwią skórę. Czarne, poplątane włosy sięgały jej kolan, twarz pokrywała warstwa brudu. Jej ciemne, bystre oczy patrzały na mnie z lekką niepewnością.
- Carmen - powiedziałem, a dziewczyna wzdrygnęła się – Umiecie mówić mimo, że was tego nie nauczyliśmy – szepnąłem pełen podziwu.
Wyciągnąłem dłoń, jednak ember-allat odskoczył i parsknął. Usiadłem powrotem na brzegu, a on cicho mruknęła i usiadł po swojej stronie.
- To jak śliczna, wracasz z nami ? – zapytałem jak zawsze z uśmiechem.
Pytałem ją o to za każdym razem. Podczas każdej ekspedycji szła za nami i nas obserwowała. Wiele razy próbowałem z nią porozmawiać, jednak pierwszy raz ona odezwała się do mnie. Nigdy nie przypuszczałem, że potrafi mówić. Zdziwił mnie także fakt, iż stoi na dwóch nogach. Wiktor potrafił jedynie skakać, ale jego wychowały goryle.
- Mogłabyś żyć z nami. W domu… - powiedziałem pełen nadziei.
- Hijau dom – odparła Carmen.
Spuściłem wzrok. Nie goniliśmy jej. Nie po to tu przybyliśmy. Naszym zadaniem było jedynie zbadać czy oni wciąż żyją i jak się miewają.
Nasz instytut powstał dwadzieścia lat temu, gdy zaczynałem pracę kończył trzy lata. Byłem młodym i ciekawym świata dwudziestolatkiem o niespotykanej inteligencji. Już po pierwszych trzech miesiącach awansowałem na asystenta dyrektora działu doświadczeń. Pracowałem tam dwa lata i przeglądając magazyny napotkałem artykuł o resocjalizacji. Jego autorzy sądzili, iż nie możliwe jest wychowanie dzieci wśród zwierząt. Postanowiłem sam się o tym przekonać i na jednym ze spotkań naukowych zaproponowałem aby wykonać doświadczenie. Wszyscy mnie poparli, w przeciwieństwie do ludzi z poprzednich wieków badamy wszystko i wszystkich. Doświadczenia pomagają nam poznać świat i nie ufamy niczemu czego nie zbadamy. Jesteśmy w pewnym sensie lepsi, jednak mamy swoje ciemne strony. Oprócz doświadczeń badamy także historię ludzkości. Wszystko analizujemy pod względem zachowań tamtejszych ludzi, ich psychiki, a także stosunków do innych. Czytamy wiele książek. Wiek XXI uznaliśmy za najciekawszy. Cały postęp ruszył bardzo szybko, a ludzie zupełnie różnili się od tych z poprzednich lat.
- Widzimy się jutro ? – zapytałem.
Dziewczyna zachichotała i zniknęła za drzewami.
~~ember-allat~~
Biegliśmy. Słońce paliło nas w grzbiety. Moje łapy krwawiły, a język był całkowicie suchy. Codzienne wędrówki były dla mnie męką. Byłem nagi, nie posiadałem futra, ani pancerza. Wszystko mnie raniło i często czułem ból. Nigdy jednak tego nie pokazywałem. Nie mogłem. Gdybym pokazał, iż jestem słaby zostawiliby mnie i musiałbym radzić sobie sam.Król ryknął i stanęło przed nami obozowisko istot. Poustawiali tu dziwne domy z czarnych liści i srebrnych patyków.
Kiedyś już widziałem ich obozy, jednak zawsze zwijali je przed południem, które już dawno minęło,
Król ponownie ryknął rozkazując nam zniszczyć wszystko co widzimy.
Rozpoczęła się gonitwa. Wbiegłem do jednego z domów, uciekając przed odgłosami niszczenia. Hałasy raniły moje uszy, chciałem też odsapnąć i zrobić coś z krwawiącymi łapami. Stało tu dziwne-coś na czterech patykach, a wokół tego walały się różne obrazki. Trąciłem jeden z nich łapą. Przedstawiał dwie istoty o pyskach takich jak mój. Jedna, z delikatnym i miłym uśmiechem, patrzała na mnie, a druga, wyraźnie ostrzejsza, spoglądała na tą drugą jakby tamta była jej największym skarbem. Nie chodzi mi o skarb w postaci wypasionego posiłku. Była skarbem, którego się nie je, ale ociera się o niego delikatnie i mruczy mu do ucha.
Na kolejnym obrazku te same istoty siedziały nad strumykiem. Ostry-pysk obejmował łapą łagodny-pysk. Tamta miała zamknięte oczy, a pysk wtulony w jego ciało, jej jedna łapa bawiła się czymś zwisającym z jego szyi.
Nie rozumiałem dlaczego tamtejsi wieszali sobie sznury na szyjach. Wszyscy z nich mieli identyczne sznurki, a na nich były zawieszone trzy kółeczka,
Nagle moich uszy dobiegł krzyk. Co prawda cały czas ktoś krzyczał, jednak ten jazgot mocniej uderzył w moje bębenki. Słyszałem odgłosy mojej gromady uciekającej z obozu. Słyszałem odgłosy wydające przez moich braci. Mimo to nadal ze spokojem przeglądałem obrazki.
Na kolejnym leżały cztery malutkie istoty, dwa samce i dwie samice. Każde miało inną skórę, futro i oczy. Łączył je ten sam przeważony wzrok.
- Ember-allat w moim namiocie – powiedział ktoś za moimi plecami.
„Co to namiot, a co najważniejsze czym jest ember-allat?” pomyślałem.
Po chwili właściciel stał przede mną. Był to ostry-pysk. Żałowałem, że tak go nazwałem. Wyglądał teraz zdecydowanie inaczej. Oprócz tego, że ktoś pozbył się jego futra sięgające wcześniej ramion, jego pysk był dziwnie wykrzywiony, ale wyglądał sympatycznie. Wbrew pozorom chyba nie chciał mnie zjeść. Może to z powodu, że nie byłem zbyt atrakcyjny, ale z pewnością gdyby chciał porządnie by się mną najadł. W gromadzie mieliśmy jedną zasadę "nie musi być ładne, możesz to zjeść".
- Co to robisz bezimienny ? – zapytał kucając obok mnie. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że mówi tym dziwnym językiem, którego nauczyła mnie Hijau.
„Bezimienny ? W gromadzie zazwyczaj nazywali mnie „inny” lub "poddany 183", powinienem się mu przedstawić ?” pomyślałem.
- Nareszcie cię widzę… - szepnął.
Popatrzałem na niego krzywo. Mówił jakbyśmy kiedyś byli członkami jednego stada, ale byłem tylko w jednym stadzie i jego tam na sto procent nie było.
- Umiesz mówić ? – zapytał po chwili.
- Umiem, ale nie do ciebie – wymsknęło mi się i zraz ugryzłem się w język.
Nie lubiłem używać tej mowy, była twarda i pełna zawiasów.
Ostry-pysk zaśmiał się i podszedł do mnie powoli.
- Długo na ciebie czekałem – powiedział łagodnie i poczułem mocne uderzenie w grzbiet
1.03.2015
"Everything you touch surely dies" - "Ja, Toivo"
Ja, Toivo.
24 lipca 2300 rok
Cześć. Myśleliśmy, że będzie inaczej. Zbudowaliśmy osiemdziesiąt specjalnych domów. W każdym z nich zamknęliśmy jednego noworodka i zwierzę poruszające się na czterech łapach. 90 % dzieci zmarło w czasie pierwszych trzech tygodni. Powód ? Głód, gniew lokatorów, nieakceptacja towarzysza… Kolejne 5 % dzieci zmarło rok później. Pozostałą czwórkę, gdy skończyła siedem lat, wypuściliśmy z „klatek”, jednak to nie byli ludzie. Nie potrafili się dostosować, a wszelkie próby resocjalizacji kończyły się klęską. Badaliśmy ich rok. Wciąż nie wiemy co nami kierowało, gdy zdecydowaliśmy się wykonać ten, jakże okropny, eksperyment. Wywieźliśmy żyjące dzieci do Hijau, jedynego zielonego oraz żywego miejsca na Ziemi. Większość twierdzi, że wysłaliśmy ich na pewną śmierć. One nie zginęły. One przeżyły. Dwa lata później wyruszyłem z ekspedycją do Hijau aby sprawdzić czy Ta czwórka nadal żyje. Wyśledziliśmy jednego z nich, Wiktora. Kiara nazwała go tak, ponieważ był najsilniejszy i jej oczami zwyciężał nad całą resztą. Saoirse górowała nad resztą szybkością i jako jedyna próbowała wydostać się z domów, dlatego nazwano ją Wolnością. Carmen miała piękny głos, co prawda wychowała się z kotami, jednak jej mruczenia było niezwykle melodyjne. Ostatni, nie otrzymał imienia, ilekroć któreś z nas próbowało go rozszyfrować chował się. Wiktor jak na dziesięciolatka był strasznie muskularny, czarne włosy sięgały mu pasa, a zielone oczy z pewnością nie były ludzkie. Udało nam się go złapać. Zamknęliśmy go w pokoju z włączonym telewizorem, jednak i tym razem resocjalizacja okazała się klęską. Wiktor zmarł. Kiara narysowała go i nazwała pierwszym ember-allat, ta nazwa przyjęła się u nas na stałe. Mijały lata. Nie udało nam się odnaleźć pozostałej trójki ember-allat. Wciąż szukamy. To już pięć lat od śmierci Wiktora. Kiarę podczas jednej z ekspedycji zaatakował lew. Zmarła. Bez niej poszukiwania nie są tym samym. Żałuję naszego błędu. Te dzieci mogłyby żyć teraz normalnie. Mieć przyjaciół i rodziny. Zamiast tego biegają po Hijau w towarzystwie zmutowanych zwierząt, bowiem ewolucja wciąż działa, a lwy które widzieliśmy tydzień temu mają pyski końskie, a ogony tygrysie.
Dylan.
„Jak strumienie i rośliny, dusze także potrzebują deszczu, ale deszczu innego rodzaju: nadziei, wiary, sensu istnienia. Gdy tego brak, wszystko w duszy umiera, choć ciało nadal funkcjonuje. Można wtedy powiedzieć: „W tym ciele żył kiedyś człowiek”. ~ Paulo Coelho
Prolog.
Wszystko co robimy jest walką. Musimy walczyć o to aby jeść, aby pić, aby spać, a nawet żyć. Nie zatrzymujemy się, wciąż pędzimy, sami nie wiemy gdzie. Ciągły bieg nas nie osłabia. Jesteśmy królami w naszym świecie, ale każdy król ma swego króla, więc nie możemy uznać się wolnymi. Jest nas dziewiętnastu. Jestem inni niż moi towarzysze. Oni mają lwie łapy, pyski wilcze, posiadają skrzela i niezwykle doskonale rozwinięte mózgi. Ja mam inny pysk, łapy i tułów, ale w naszej gromadzie liczą się dwie rzeczy – prędkość i godność. Potrafię się dostosować, choć czasem trudno mi nadążyć za resztą. Nigdy nie czuję się odrzucony, to moja rodzina. Wychowali mnie. Nie wiem kim tak naprawdę jestem, nikt tego nie wie. Dziesięć metrów przed nami, na gęstym pastwisku widzimy nasz posiłek. Stado owiec z krowimi pyskami zajada mlecze. Zaczajam się i czekam na sygnał. Król ryczy i wszyscy startujemy. Po chwili krew naszego obiadu jest już wszędzie. Rozszarpujemy ciała swoich zdobyczy i rozpoczynamy ucztę. Gdy kończymy łapa w łapę wracamy do domów. Wdrapuję się na gałąź mojego dębu i zasypiam. Hijau nas chroni i karmi. Jest naszą matką, a my jej dziećmi. Żadne z nas nie wychyliło nigdy łapy poza nią. Krążą legendy, że są tam istoty podobne do mnie, jednak poruszające się na dwóch łapach. Chodzą odziani w dziwne materiały i porozumiewają się w niezrozumiały sposób. Podobno nie potrafią kochać i nie mają uczyć, wszystko w nich jest sztuczne. Tamten świat jest inny, niebezpieczny i na pewno nie dla mnie. Hijau to dom. Tu się urodziłem i tu zginę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)